Jak to mówią – dzień święty święcić, tak więc standardowo uświęciłam jazdą na rowerze. Tym razem z chłopakami z krakowskiego Tomaru (którym ponownie dziękuję za świetną wycieczkę) zdecydowaliśmy się wybrać się na szczyt Leskowiec. Wolny dzień w środku tygodnia, grzech nie wykorzystać na fajny wyjazd.

Start z Krakowa do Wadowic

Wyjazd z Krakowa planowaliśmy na godzinę 7:15, finalnie wystartowaliśmy o 9.. a bo trzeba się wyspać, a bo śniadanie po drodze.. Tak więc do Wadowic (bo stamtąd startowaliśmy) dotarliśmy około godziny 10. Rozpakowanie rowerów, przebranie się.. i o 10:30 w końcu jedziemy.

DCIM100GOPROGOPR1266.

szczyt Leskowiec

Radość z jazdy jak zawsze

Ledwo wsiadłam na rower i od razu dostałam strzał endrofiny, na twarzy ogromny uśmiech, a łydki gotowe do kilkugodzinnego pedałowania. Uwielbiam to uczucie. No więc zaczęliśmy jazdę od asfaltu, ale na szczęście już po chwili wjechaliśmy do lasu. Z tego co mi wiadomo, nazwa lokalna tego lasu to „Dzwonek”. Tym razem, nauczona przykrymi doświadczeniami z ostatniego razu wzięłam ochraniacze, z którymi już się nie rozstaję. Całe szczęście, pomimo że było ślisko i mokro, nie musiały spełaniać swojego zadania, upadku tym razem nie było.

DCIM100GOPROGOPR1233.

podjazd część I

DCIM100GOPROGOPR1236.

Kolejny punkt wycieczki – długie podprowadzanie

Zaraz po Dzwonku zjechaliśmy na Gorzeń Górny, skąd żółtym szlakiem, prowadzącym przez Iłowiec (472 m npm) dojechaliśmy na Łysą Górę (548 m npm). Wszyscy jeszcze zadowoleni, uśmiechnięci, cały czas jedziemy. Zaraz za Łysą Górą, niebieski szlak poprowadził nas do Ponikwi. I tutaj zaczął się.. mały problem. A mianowicie szlak papieski na Leskowiec. To, że cały czas był pod dość dużym nachyleniem nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że zaczęło padać, dodać do tego ogromną ilość liści i błota.. Podjazd kończył się pedałowaniem w miejscu. Tak więc nie pozostało nic innego, jak podprowadzanie i pytanie ludzi po drodze kiedy będziemy mogli normalnie jechać.

DCIM100GOPROGOPR1240.

ostatnio podjazd na szczyt Leskowiec

DCIM100GOPROGOPR1251.

jeden z nielicznych widoków :(

Koniec podprowadzania – można jechać

Tak, tak, pomimo że dopiero pod sam koniec, udało się jednak trochę podjechać. Co sprawiło nam niesamowitą radość. W końcu naszym oczom ukazło się schronisko. Biegiem na ciepłą zupę i herbatę, po czym ostatni punkt wycieczki – szczyt Leskowiec (925m npm). Tutaj na szczęście dało się bez problemu podjechać. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, mgła uniemożliwiła nam podziwianie widoków, dobrze że po drodze udało się zrobić kilka zdjęć.

DCIM100GOPROGOPR1253.

DCIM100GOPROGOPR1260.

Szybki zjazd w dół

No i chyba najprzyjemniejszy punkt wycieczki, szybko w dół, żółtym szlakiem na Chobot. Pomimo, że warunki do najłatwiejszych nie należały, uśmiech z twarzy i tak nie schodził. Wszyscy przeżyli, bliskie spotkanie z błotem (na szczęście nie moje :D) było tylko jedno, po czym postanowiliśmy podjechać umyć rowery i pędem na pyszny, domowy obiad. Zasłużony z resztą.

DCIM100GOPROGOPR1262.

DCIM100GOPROGOPR1268.

Szczyt zdobyty – Kellys się sprawdza :D

Podsumowując, jak zawsze – chcę więcej!

To prawda, wyjazd był naprawdę fajny, a przede wszystkim wesoły, a to chyba najważniejsze. Pomimo chwilowych zawachań i zastanawiania się, czy w tych warunkach chce mi się tyle prowadzić, chłopaki skutecznie sprawiali, czasami nawet zupełnie przypadkowo, że cały czas się śmiałam. Z wielką chęcią wybiorę się tam jeszcze raz, jednak na wiosnę, musi być sucho i mam nadzieję, będzie mi wtedy dane podziwiać piękne widoki. Chociaż, akurat brak widoków wynagrodziła mi najlepsza na świecie kremówka na sam koniec, w końcu być w Wadowicach i nie spróbować to grzech!

DCIM100GOPROGOPR1277.

Share This